CZY TRZEBA BYĆ KATOLIKIEM, ABY ZOSTAĆ ZBAWIONYM?

Po ukazaniu się we wrześniu 2000 roku watykańskiej deklaracji Dominus Iesus, o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła, pojawiło się w mediach wiele nierzetelnych lub po prostu niemądrych komentarzy. Insynuowano między innymi, że oto Kongregacja Nauki Wiary pod przewodnictwem kard. Josepha Ratzinge-ra ogranicza zbawienie do metrykalnych członków Kościoła katolickiego. Skąd to nieporozumienie?

W deklaracji Dominus Iesus czytamy, że „(…) byłoby sprzeczne z wiarą katolicką postrzeganie Kościoła jako jednej z dróg zbawienia, istniejącej obok innych, to znaczy równolegle do innych religii, które miałyby uzupełniać Kościół, a nawet mieć zasadniczo taką samą wartość” (21). Katolicy postrzegają bowiem Kościół nie tylko jako swego rodzaju organizację, ale przede wszystkim jako Mistyczne Ciało Chrystusa. Z tego właśnie względu Sobór Watykański II stwierdza, iż „(…) pielgrzymujący Kościół konieczny jest do zbawienia” (Lumen gentium, 14). Jeśli bowiem jedyny Bóg objawił się w pełni w Jezusie Chrystusie, prawdziwym Bogu i prawdziwym człowieku, i jeśli Chrystus założył Kościół, którego jest Głową w sposób nieodwołalny, to znaczy, że łaska Boża, bez której nie ma zbawienia, jest ściśle związania z naturą i misją Kościoła cyborium. Nie wynika z tego, że wszyscy, którzy nie przynależą w sposób prawny do Kościoła katolickiego, nie mają dostępu do laski Bożej, a tym samym do zbawienia. Chodzi natomiast o to, że jeśli jakiś niekatolik (np. buddysta lub niewierzący) dostępuje zbawienia, to nie dokonuje się ono bez związku z modlitwą Kościoła katolickiego, nawet jeśli sam zbawiony nie był przed śmiercią tego świadom lub wręcz odrzucał taką możliwość. Innymi słowy, zbawia tylko Bóg jedyny, ale z Jego własnej woli zbawienie to jest nieodwracalnie związane z Jezusem Chrystusem oraz z założonym przez niego Kościołem.

Papieże – Leon XIII i Pius X potwierdzili możliwość zbawienia tych ludzi, których nieznajomość religii chrześcijańskiej z różnych powodów jest nie do pokonania. Nie chodzi tu tylko o tych, którzy bez własnej winy nie zetknęli się z Ewangelią. Często jest tak, że ktoś, żyjąc w kraju, gdzie większość stanowią katolicy, nie jest jakby w stanie – ze względów psychologicznych lub uwarunkowań rodzinno-społecznych – otworzyć się na Jezusa w Kościele. Niekiedy bywa tak, że – niestety – to z powodu grzechów samych katolików ludzie mają wykrzywiony obraz ewangelicznego orędzia i w konsekwencji uznają Kościół za coś zbytecznego lub nawet szkodliwego. Mówimy wówczas o niepokonalnej nieznajomości chrześcijaństwa, choć – z drugiej strony – nie chcemy ograniczać mocy człowieka, Bożego działania czy wolności człowieka, który nigdy nie jest do końca zdeterminowany stojak pod paschał. W każdym razie warto przypomnieć, że w 1949 roku Święte Oficjum potępiło nauczanie jezuity, L. Feeneya, który twierdził, iż ci, którzy w sposób formalny i jawny nie należą do Kościoła katolickiego, nie mogą być zbawieni. W takim przypadku „(…) wystarczy [bowiem] pośrednie pragnienie przynależności do Kościoła; to pragnienie występuje zawsze, gdy człowiek stara się o to,